Szkocja bez kiltu IAESTE Edinburgh 2011

23wrz/110

Lucy in the Skye with diamonds

The last weekend in Scotland. According to Marysia's suggestions we spent it on one of the most beautiful islands in the world (Wikipedia says it has the 4th position). We chose a tour with MacBackpackers company (which I recomend to everybody). We were travelling through the country for 3 days with charming Richard in a kilt, listening to stories full of blood and romantic legends. I will try to recall the plan of the tour, but I am warning, that I may not manage.

Saturday:

We started from Edinburgh in the morning. And with us there were Richard, some people from different countries and a horde of Chinese. At the beginning our guide apologised for his hangover and warned, that he would not hold his tongue ("I am Scottish, I swear"). He told us about the past of the city, known before as Auld Reekie. Overpopulation and dirt gave a reason to build a new district on the other side of Nor Loch. I learned that Rose Street (where is our Standing Order Pub) represents England and it is connected with Thistle Street which represents Scotland. This connection is a symbol of the union between countries. How sweet :) . Both New and Old City are on the UNESCO World Heritage Site, which causes some problems when you want to change your old windows.

We left Edi over the Forth Road Bridge and directed to Highlands. The first step was in a forest near Dunkeld. We walked to the Ossian's Hall, where a huge waterfall called the Black Linn Falls swirled lots of water and filled the air with millions of drops. The sun appeared :) and stayed with us until Monday. After that we went to the city to visit a toilet awarded for something and to see a cathedral by Tay river. The toilet was ok, but the cathedral - wonderful. The combination of Romanesque and Gothic was built for almost 200 years. Most of it is ruined, but still it impresses with its scale. In walls some traces of bullets from the time of Jacobite uprisings can be found.

Next we went to another forest to see a place of another battle - Killiecrankie. We listened to the story enriched with an intensive choreography of Richard. Having a few sticks, he was able to show us an armament of Highlanders and the most successful method of fight - charge. We also saw the first and only stationary bungee platform in UK (40 metres down, to the river).

After several minutes in a bus, we jumped out to visit ruins of barrack in Ruthven. They were built after Jacobite Uprisings and were supposed to restrain Highlanders. We took some pictures and warmed up by the strong Scottish sun.

The next step on our way was the Culloden battlefield - the place of massacre, where English slaughtered Jacobite troops consisted of Scottish Highlanders. The whole field is a one big graveyard - mass graves of clans among heathers.

There is also another story associated with Jacobite Uprisings. Well, in that time Marshall Wade stayed in Scotland, whose main task was to disarm Highlanders. He is mentioned in a verse of an anthem of United Kingdom - "God save the Queen". And the verse goes like this:

Lord grant that Marshall Wade
May by thy mighty aid
Victory bring.
May he sedition hush,
And like a torrent rush,
Rebellious Scots to crush.
God save the Queen!

Although this fragment was removed from a current version, Scottish still remember about it and they use their own unofficial anthem, which tells a story of a victory of Robert the Bruce against English king Edward II. On the contrary ;) .

The first day of our tour was finished at Loch Ness. We didn't see any monsters, but we could admire naked chests of our brave companions - Anders (from Denmark) and Mauricio (from Chile). Only they challenged to swim in the lake while it was 14 degrees. Before going to sleep in Inverness, we had a beer and listened to a local band in a pub.

Sunday:

The whole day on Skye! We went by bus around the island, heard legends about giants and fairies, terrible stories about local clans of MacLeods and MacDonalds. Moreover, we took 2 Richard's challenges: dipping our faces in a cold stream (which makes you beautiful) and wetting our heads in a waterfall near the Old Man of Storr (7 years of great sex!).

But what I liked the most were landscapes! You only have to climb the nearest hill to experience mystical sensations. The Cuillin mountains aren't the highest, but they rise almost from the level of the ocean, so you can be really impressed by their height. Besides, now the land is covered with blooming heathers (one of my favourites flowers).

One of tour points was the mysterious Fairy Glen. While around there are mainly huge mountains, in that place everything is small. Tiny hills and trees surround the highest peak with Fairy Castle on top, which is just a natural set of rocks, but formed in a perfect cube shape. At the foot of the hill neopagans have their rituals on winter and summer solstice.

The day ended also with beer and music in a pub Saucy Marry, which name is a tribute for a princess of Vikings who liked to flash naked in windows of her castle (according to Richard).

Monday:

We left Skye and stopped by the Eilean Donan Castle, which is the most photographed castle in Scotland. Of course we took some pictures on rocks on the shore and continue our travel by the lakes. The weather went bad, so unfortunately we couldn't see the highest peak in UK - Ben Nevis. But we could hear the story of massacre in Glen Coe, walk the road built by Marshall Wade, see the place when some scenes of Harry Potter were recorded and generally we experienced esthetic ecstasy. We even forced Richard to have a sweet photo with us, but we had to hold his kilt because of the wind ;) .

At the end we visited Wallace Monument in Stirling, where our guide told us a story of Braveheart and explained all differences between the truth and the movie.

In Edinburgh we meet with non-Chinese for some beer. We managed to find a place in 'Last Drop' pub, where I finished the day with Inis Gunn beer, sticky toffee pudding shared with Marysia and music by Porcupine Tree in background. It's heaven!

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ostatni weekend w Szkocji. Dzięki sugestiom Marysi spędziłyśmy go na jednej z najpiękniejszej z wysp na świecie (wg. Wikipedii czwartej w kolejności). Zdecydowałyśmy się na wycieczkę z biurem podróży MacBackpackers (polecam z pełną odpowiedzialnością). Przez 3 dni jeździliśmy po kraju z czarującym Richardem w kilcie, słuchając krwawych historii i romantycznych legend. Spróbuję odtworzyć przebieg wycieczki, ale zastrzegam, że może mi się to nie udać.

Sobota:

Wyruszyliśmy w sobotę rano z Edynburga. A razem z nami Richard, kilka osób z całego świata i horda Chińczyków. Przewodnik przeprosił nas na wstępie za swojego kaca i uprzedził, że nie zamierza się hamować z językiem ("I'm Scottish, I swear"). Opowiedział o przeszłości miasta, znanego niegdyś jako Auld Reekie (Stary Kopciuch) . Przeludnienie i syf dały bogatym mieszkańcom powód do utworzenia nowej dzielnicy po drugiej stronie jeziora Nor Loch. Dowiedziałam się, że Rose Street (na której znajduje się okupowany przez IAESTE pub Standing Order) reprezentuje Anglię i łączy się z Thistle Street reprezentującą Szkocję, co razem tworzy symbol dla unii między tymi krajami. Słodko :) . Zarówno Nowe jak i Stare Miasto wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc podobno ciężko wymienić okna na plastikowe.

Opuściliśmy Edi przemierzając most nad Firth of Forth i ruszyliśmy w stronę Gór. Pierwszy przystanek był w lesie w pobliżu Dunkeld. Przeszliśmy się do Ossian's Hall, w pobliżu którego huczał wodospad the Black Linn Falls, przewalając masy wody i przesycając powietrze milionami drobnych kropli. Wyszło słońce :) i nie opuściło nas aż do poniedziałku. Następnie podjechaliśmy do miasta, by skorzystać z uhonorowanej jakąś nagrodą toalety i zobaczyć katedrę nad rzeką Tay. Toaleta niczego sobie, za to katedra wspaniała. Budowana przez ponad 200 lat (1260-1501) stanowi mieszankę stylów gotyckiego i romańskiego. Większa część to w zasadzie ruina, ale i tak powala swoim ogromem. W murach można dostrzec ślady kul z czasów powstania Jakobitów.

Następnie przejechaliśmy się do kolejnego lasu na miejsce innej bitwy - pod Killiecrankie. Wysłuchaliśmy opisu wzbogaconego intensywną choreografią Richarda. Przy pomocy kilku patyków zdołał odwzorować uzbrojenie Highlanderów i ich najskuteczniejszą metodę walki - szarżę. Zobaczyliśmy również pierwsze i jedyne bungee stacjonarne w kraju (40 m w dół prosto do rzeki).

Po kolejnych kilkunastu minutach w autobusie wyskoczyliśmy na kilka minut, żeby zwiedzić ruiny żołnierskich baraków w Ruthven. Zbudowane po powstaniach Jakobitów, miały trzymać górali w ryzach. Porobiliśmy kilka zdjęć i wygrzaliśmy się w ostrym szkockim słońcu.

Punkt następny na naszej trasie to pole bitwy pod Culloden - miejsce masakry, podczas której Anglicy wyrżnęli w pień oddziały Jakobitów, złożone głównie ze szkockich górali. Całe pole to jeden wielki cmentarz - między kępami wrzosów wznoszą się zbiorowe mogiły poszczególnych klanów.

Z powstaniami Jakobitów związana jest jeszcze jedna historia. Otóż w owym czasie w Szkocji stacjonował marszałek Wade, którego głównym zadaniem było rozbrajanie Highlanderów. Jego osoba została upamiętniona w jednej ze zwrotek aktualnego hymnu Zjednoczonego Królestwa - "God save the Queen". A zwrotka brzmi tak:

Lord grant that Marshall Wade
May by thy mighty aid
Victory bring.
May he sedition hush,
And like a torrent rush,
Rebellious Scots to crush.
God save the Queen!

(Panie, wesprzyj marszałka Wade (...)
Niech stłumi bunt
I jak rwący potok
Niech porwie buntowniczych Szkotów.)

Mimo iż ten fragment został usunięty z oficjalnej wersji hymnu, Szkoci wciąż o nim pamiętają i przy każdej możliwości śpiewają własny nieoficjalny hymn, upamiętniający zwycięstwo Roberta the Bruce nad królem Anglii Edwardem II. Ot tak, dla przekory ;) .

[filmik w wersji angielskiej]

Pierwszy dzień wycieczki zakończyliśmy nad brzegiem jeziora Loch Ness. Żadnego potwora nie zobaczyliśmy, ale za to mieliśmy okazję podziwiać nagie torsy dwóch dzielnych ochotników - Andersa (Dania) i Mauricia (Chile). Jako jedyni podjęli wyzwanie i wykąpali się w jeziorze przy 14 stopniach. Nocleg w Inverness poprzedziliśmy jeszcze małym piwkiem na mieście przy akompaniamencie lokalnego zespołu. Specjalnie dla Marysi zamieszczam filmik z jej ulubionym utworem :) .

Niedziela:

Cały dzień na Skye! Objechaliśmy wyspę naokoło, wysłuchaliśmy masy legend o wojownikach-gigantach i wróżkach, krwawych historii o lokalnych klanach MacLeod i MacDonald. Ponadto zaliczyliśmy 2 wyzwania Richarda: zanurzenie twarzy w lodowatym potoku (co podobno ma nam dać urodę) oraz zmoczenie całej głowy w wodospadzie nieopodal Old Man of Storr (siedem lat udanego seksu!).

Ale na Skye najwspanialsze są krajobrazy! Wystarczy wspiąć się na pierwsze z brzegu wzgórze, żeby doświadczyć niemal mistycznych doznań. Kształtujące wyspę góry Cuillin nie są może najwyższe, ale za to wznoszą się niemal z poziomu oceanu, więc na prawdę można poczuć ich ogrom. Poza tym o tej porze roku ziemia pokryta jest kwitnącymi wrzosami, po prostu bajka!

Jednym z punktów wycieczki była tajemnicza dolina Fairy Glen. Podczas gdy wokół przeważają olbrzymie pasma górskie, w tym jednym miejscu wszystko jest małe. Miniaturowe pagórki i drzewka otaczają najwyższe wzniesienie, na którego szczycie znajduje się zamek wróżek (w rzeczywistości naturalna formacja skalna o niemal idealnym kształcie sześcianu). U podnóża do dziś odbywają się neopogańskie rytuały w dni przesileń letnich i zimowych.

Dzień zakończyliśmy również przy piwku i muzyce w barze Saucy Marry, upamiętniającym swą nazwą rubaszną księżniczkę Wikingów, która według Richarda lubiła pokazywać się nago w oknach swojego zamku.

Poniedziałek:

Opuściliśmy Skye, zatrzymując się przy zamku Eilean Donan, najchętniej fotografowanym w Szkocji. Oczywiście również strzeliliśmy sobie sesję na kamieniach przy brzegu ;) i ruszyliśmy dalej wzdłuż jezior. Pogoda się załamała, więc niestety nie udało nam się zobaczyć najwyższego szczytu Wielkiej Brytanii - Ben Nevis. Ale za to wysłuchaliśmy tragicznej historii masakry w Glen Coe, przeszliśmy się drogą zbudowaną przez marszałka Wade'a, zobaczyliśmy miejsce, gdzie kręcili sceny do Harrego Pottera i ogólnie doznawaliśmy estetycznej ekstazy. Zmusiłyśmy nawet Richarda, żeby zapozował z nami do sweet fotki, ale musiałyśmy trzymać jego kilt furkoczący na wietrze.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze Stirling, gdzie nasz przewodnik szczegółowo przedstawił nam historię Braveharta i wszystkie różnice między faktami a filmem.

Już w Edynburgu umówiliśmy się z nie-Chińczykami na małe piwko wieczorem. Udało nam się wbić do Last Drop, gdzie zakończyłam dzień z piwem Inis Gunn, sticky toffe pudding na pół z Marysią i muzyką Porcupine Tree w tle. Po prostu raj!

Zakres tematyczny: Bez kategorii Brak komentarzy
16wrz/110

Glasgow, half sex

Lastly days are passing too fast for me. On next Sunday I am back in Poland, but I really would like to taste more Scottish life. Unfortunately, not this time. So I try to use every minute, to see and experience as much as possible. And how does Scottish life taste? Like whisky!

To check it, I went to Glasgow...

Even in a bus I had a possibility to see how exciting the city is. A driver answered to every question about arrival time very patiently. And the answer was: "Half sex" (6.30pm). I will miss this funny accent so so so much.

At a bus station there were our awesome guides waiting for us: Magnus and Scott (in a proper Scottish clothes!). We took our first steps to a restaurant, to have something before intensive evening. Dinner passed all my expectations. Usually I am not fond of eating, but this time my feelings were close to ecstasy. I recommend it to everybody: Balmoral Chicken with whisky sauce + sticky toffee pudding with ice cream. All very Scottish and delicious. Guys said, we must have enjoyed it very much, because we stopped talking for almost 15 minutes.

The second point: Ceilidh! Lastly I couldn't go crazy in Edinburgh, so I strongly desired to get some bruises and watch kilts flying :) . Of course I was not disappointed. Because both of us had her own partner (swapped from time to time), we could ravel really intensive (some of readers know speed of Magnus, and Scott is not worse). We could also watch acrobatics of several girls in 9cm heels until they took them off on request of  endangered dancers.

The third point: whisky tasting at Hotel Magnus. Perfect end of the evening. At first - lecture and demonstration, after - tasting some items from private collection of our host. I slowly begin to understand why people love it so much and I will probably spend some money for my types: Talisker and Bruichladdich Rocks. I felt so Scottish, that I wore local clothes (finally!) and maybe I will even buy a sporran.

On Sunday boys took us for hard sightseeing of the city. We visited 2 parks, 2 museums, lighthouse, university, cathedral, the oldest house and WEST brewery. Everything was enriched by comments of Scott, who works as a tour bus driver. The weather forecast was true this time - it was raining heavily the whole day. Despite it we did 11 km by foot. In my humble opinion Glasgow is a great city. There are old buildings next to modern ones, every street looks so different. In addition - a lot of large parks where one can feast eyes on wonderful Scottish green.

On our way back we dropped into a Polish shop, where I found "Krakuski" cookies (from Kraków, as its name suggests). Poor boys stood in the middle and didn't know what was going on around them, because everybody was talking in Polish. I really liked Magnus comments (something like: "My own country and I don't know what people are talking to me...")

 

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dni lecą mi ostatnio za szybko. W przyszłą niedzielę będę z powrotem w Polsce, a tak bardzo chciałabym jeszcze trochę posmakować szkockiego życia. Niestety, nie tym razem. Dlatego też korzystam intensywnie z ostatnich chwil, staram się jak najwięcej zobaczyć i przeżyć.
A jak smakuje szkockie życie? Jak whisky!

Żeby się o tym przekonać, wprosiłam się do Glasgow...

Już w autobusie mogłam się przekonać, że to bardzo ekscytujące miasto. Kierowca cierpliwie odpowiadał na powtarzające się zapytania, o której godzinie będziemy na miejscu. Odpowiedź brzmiała nie inaczej, jak: "Half sex" (czyli 18.30). Jeeeny, ale mi będzie brakowało tego zabawnego akcentu.

Na dworcu czekali nasi cudowni przewodnicy: Magnus i Scott (w pełnym umundurowaniu!). Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji, w celu spożycia czegoś przed intensywnym wieczorem. Obiad przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zwykle nie czerpię jakiejś specjalnej radości z jedzenia, ale tym razem doznania były iście ekstatyczne. Wszystkim polecam: Balmoral Chicken w sosie z whisky + sticky toffee pudding z lodami. Wszystko strasznie szkockie i strasznie pyszne. Chłopaki stwierdzili, że musiało nam naprawdę smakować, bo przestałyśmy gadać na jakieś 15 minut.

Punkt drugi programu: Ceilidh! Ostatnio nie udało mi się pohulać w Edynburgu, więc niemalże mnie roznosiło, żeby zarobić kilka siniaków i popatrzeć na furkoczące kilty :) . Oczywiście się nie zawiodłam. Ponieważ każda z nas miała swojego prywatnego partnera (do wymiany co jakiś czas), mogłyśmy poszaleć naprawdę intensywnie (część z czytelników wie, jakie tempo ma Magnus, a Scott wcale nie jest gorszy). Mogłyśmy również popatrzeć na akrobacje kilku dziewoi w 9cm szpilkach, które na szczęście zdjęły na prośbę czujących zagrożenie tancerzy.

Punkt trzeci: whisky tasting w hotelu Magnus. Idealne zakończenie wieczoru. Najpierw wykład i demonstracja, a później degustacja kilku egzemplarzy z prywatnej kolekcji gospodarza. Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie tak kochają ten trunek i chyba nawet wydam kilka stówek na moich faworytów: Talisker i Bruichladdich Rocks. Poczułam się tak szkocko, że przywdziałam lokalny strój (nareszcie!) i chyba nawet kupię własny sporran.

W niedzielę chłopcy zafundowali nam intensywne zwiedzanie miasta. Zaliczyliśmy 2 parki, 2 muzea, latarnię, uniwersytet, katedrę, najstarszy budynek w mieście i browar WEST. Wszystko okraszone było bogatym komentarzem Scotta, który dorabia jako kierowca autobusu wycieczkowego. Prognoza pogody tym razem się sprawdziła - lało intensywnie cały dzień. Mimo to zrobiliśmy około 11 km z buta. Moim skromnym zdaniem Glasgow to wspaniałe miasto. Średniowieczne budynki stykają się tam z nowoczesnymi, każda ulica wygląda zupełnie inaczej. Do tego mnóstwo tam rozległych parków, gdzie można nasycić oczy cudowną szkocką zielenią.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze polski sklep, gdzie znalazłam krakuski :) . Biedni chłopcy stali na środku i nie wiedzieli co się dzieje, bo oczywiście wszyscy rozmawiali po polsku. Komentarz Magnusa po wyjściu - bezcenny: "Żebym we własnym kraju nie wiedział, co ludzie do mnie mówią...".

 

Zakres tematyczny: Bez kategorii Brak komentarzy
7wrz/110

Busy weekend

I would like to dedicate this post to my new reader, Scott :) . I hope you'll enjoy it.

According to the plan we began very hard. On Friday we went to St Andrews almost spontaneously. Almost, because we planned to go there on Saturday evening, but about midday we received message, that there are no free places at that time for a trip we wanted to do. Places were for Saturday morning. Quick decision was made and in the late afternoon we were sitting in a kitchen at University of St Andrews Campus having tea with Maria and Stephie. Girls took us to a pub on the other side of a town (only 15 minutes by foot), where we could watch fallen Scottish youngsters and chat a little drinking beer.

St Andrews is a small town known for the first Scottish university and golf which was invented there. However, lastly it is popular thanks to prince William and Kate, who met here, somehow finding each other in a huge crowd of 10 thousand inhabitants. The town makes impression with its medieval spirit existing in stone walls and ruins, narrow streets surrounded by small houses and one can feel nearness of sea - by smell.

On Saturday morning we took a bus to Ansruthen, where ferry to our aim - Isle of May leaves. The cruise was quite exciting. Strong waving made some people feel sick and voice of a guide was suppressed by talk of Italian trippers. After a few minutes I saw a seal in water, which caused all inconveniences disappear. Excitement was increasing. It reached the highest level while we could see large group of seals on coast. They were laying on rocks, jumping into water and raising their heads towards us. Madness on ferry board. I took few pictures, but not the best, because of waves...

Seals

More seals

The island is a strict reserve for seals and water birds (including puffins). Apart from them there are also lots of rabbits, whose main task is to cut the grass and produce excrement. Instead of sheep... The most exciting for me were rocky coasts and complex of lighthouses with fog horns. At the end we sailed the island around and could see the side inhabited by birds. On the pictures at bottom you can see very clearly white signs of their life.

Sunday was decided to be the day of sightseeing in Edinburgh. We were at castle and gallery of modern art. The castle was without craze. The gallery - quite interesting, but also far away, so we were exhausted after visiting and according to our last habit we fell into sleep on grass in front of the gallery :) .

In the evening wild crowds surrounded all hills nearby, because the festival was supposed to end with spectacular fireworks synchronized with orchestra music. Our team chose Calton Hill, where the view was not bad. Fireworks were really astounding, especially a flaming waterfall from walls of castle. Some people around had radios, so we could also figure synchronization with music, in my opinion quite successful.

And there was evening and there was morning, a fifth weekend.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zgodnie z planem zaczęłyśmy z Marysią z grubej rury. W zeszły piątek prawie spontanicznie pojechałyśmy do St Andrews. Prawie, bo zamierzałyśmy się tam udać w sobotę wieczorem, ale koło południa otrzymałyśmy info, że nie ma już wolnych miejsc w tym terminie na wycieczkę, którą zamierzałyśmy zaliczyć. Miejsca były na sobotę rano. Szybka decyzja została podjęta i późnym popołudniem siedziałyśmy już w kuchni w akademiku University of St Andrews popijając herbatę z Marią i Stephie. Dziewczyny zabrały nas do pubu, po drugiej stronie miasta (zaledwie 15 minut piechotą), gdzie mogłyśmy zaobserwować degenerację szkockiej młodzieży i trochę pogadać nad piwkiem.

St Andrews to niewielkie miasto słynące z pierwszego w Szkocji uniwersytetu, a także golfa, który został tu wynaleziony. Ostatnio chyba jednak zawdzięcza swoją popularność księciu Wiliamowi i Kate, którzy tu właśnie się poznali, odnajdując się w tłumie bagatela 10ciu tysięcy mieszkańców. Miasto zachwyca średniowieczną aurą, objawiającą się w kamiennych murach i ruinach, ciasnych uliczkach otoczonych niskimi domkami oraz bliskością morza - wyczuwalną po zapachu.

W sobotę rano wsiadłyśmy w autobus do Ansruther, skąd wypływa prom na Isle of May - nasz cel. Rejs był dosyć ekscytujący. Ostre falowanie wody przyprawiało co niektórych o mdłości, a głos przewodnika był skutecznie zagłuszany przez ryk silnika i gderanie włoskiej wycieczki. Po kilku minutach zobaczyłam w wodzie fokę, co sprawiło, że wszelkie niedogodności przestały istnieć. Ekscytacja zbliżała się do punktu kulminacyjnego. Osiągnęła go przy brzegu, kiedy naszym oczom ukazało się całe stado fok. Wylegiwały się na kamieniach, wskakiwały do wody i wystawiały ciekawskie łebki w naszą stronę. Na promie po prostu szał. Zrobiłam kilka zdjęć, ale nie najlepszych, bo ostro kołysało... (w wersji anglojęzycznej powyżej).

Wyspa jest ścisłym rezerwatem dla fok i ptactwa wodnego (m.in. maskonurów). Poza nimi dosyć licznie występują króliki, których głównym zadaniem jest koszenie trawy i zostawianie bobków. Zamiast owiec... Mnie najbardziej zafascynowały skaliste brzegi oraz kompleks latarni morskich i rogów do nadawania sygnałów w czasie mgły. Na zakończenie opłynęliśmy wyspę od strony najbardziej obleganej przez ptaki. Na zdjęciach poniżej bardzo dobrze widać białe ślady ich bytowania.

Niedziela została przeznaczona na zwiedzanie Edynburga. Poszłyśmy na zamek oraz do galerii sztuki współczesnej. Zamek bez rewelacji. Galeria dosyć ciekawa, ale daleko, więc po zwiedzaniu byłyśmy padnięte i naszym starym zwyczajem przespałyśmy się na trawie w parku ;) .

Wieczorem dzikie tłumy obległy pobliskie wzgórza, ponieważ zakończenie festiwalu miało być okraszone epickim pokazem fajerwerków zsynchronizowanych z muzyką. Nasza ekipa wybrała Calton Hill, skąd widok był nienajgorszy. Fajerwerki naprawdę zachwyciły, szczególnie ognisty wodospad spływający z murów zamku. Naokoło wszyscy mieli radia, więc mogliśmy również ocenić synchronizację z muzyką, według mnie całkiem udaną.

Tak minął wieczór i poranek, weekend piąty.

Zakres tematyczny: Bez kategorii Brak komentarzy